Następnego dnia na początku lekcji angielskiego Keating napisał na tablicy wielkimi literami słowo: COLLEGE. Podkreślił je grubą linią.
– Moi panowie – powiedział – omówimy dziś pewną bardzo ważną dla każdego przyszłego studenta umiejętność, której opanowanie jest niezbędne, jeśli nie chce się zmarnować kilku lat studiowania w college’u. Otóż chodzi o umiejętność analizowania nieprzeczytanych lektur.
Chłopcy wybuchnęli gromkim śmiechem.
– College w bardzo krótkim czasie zniszczy wasze zamiłowanie do poezji – mówił dalej Keating. – Dokonają tego długie godziny drobiazgowych analiz i nie kończących się interpretacji. Wiersz będzie dla was istniał tylko jako rymy, zgłoski i metafory... W college'u poznacie na pewno dzieła najwyższego lotu, których piękno powinniście umieć smakować. Niekiedy jednak skazani będziecie na godne pożałowania brednie, których należy unikać jak dżumy. – Keating spacerował powoli przed klasą. – Załóżmy, że zdecydujecie się na wykłady z powieści współczesnej. W ciągu całego semestru czytacie wyborną literaturę, wzruszającego Ojca Goriot Balzaka, Ojców i dzieci Turgieniewa i wiele innych arcydzieł. Kiedy jednak przychodzi okres zaliczeń, okazuje się nagle, że jedynym tematem na egzaminie będzie problem miłości rodzicielskiej, który w swej powieści pod tytułem Wątpliwy debiut podjął nie kto inny jak sam... wasz pan profesor. – Keating zerknął z ukosa na chłopców i mówił dalej. – Po przeczytaniu pierwszych trzech stron książki uświadomicie sobie, że wolelibyście być wysłani na front niż trwonić drogocenny czas na zajmowanie umysłu takimi śmieciami. Ale któż śmiałby głośno narzekać? Czy warto przez taką błahostkę oblać egzamin? Oczywiście, że nie. Przecież przez cały semestr pilnie pracowaliście i powieść współczesną znacie bardzo dobrze. Co zrobić?
Chłopcy wsłuchiwali się zachłannie w słowa nauczyciela.
– Sposób na nie przeczytane lektury jest bardzo prosty. Bierzemy do ręki ów Wątpliwy debiut i z kilku zdań streszczenia na obwolucie dowiadujemy się, że pewien jegomość imieniem Frank, który żyje z handlu snopowiązałkami, poświęca wszystko, by umożliwić przyzwoity start swojej córce o dźwięcznym imieniu Christine, która zresztą jest tyle złakniona sukcesu co leniwa. Na egzaminie swoją odpowiedź rozpoczynamy od przekonania profesora, iż nie będziemy przytaczać szczegółów intrygi, by od razu przejść do głębszej interpretacji znakomitego dzieła. Jednocześnie chytrze przemycamy wszystkie nasze wiadomości z obwoluty, chcąc utwierdzić go, iż rzetelnie przeczytaliśmy całą lekturę. W następnej części warto zaskoczyć profesora ambitną analizą porównawczą, wobec której trudno zająć obojętne stanowisko. Na przykład mówimy coś w rodzaju: „Konieczne jest odnotowanie pouczającego podobieństwa między śmiało przez autora skreślonym portretem kochającego ojca a niektórymi elementami teorii Zygmunta Freuda. Nasz powieściowy Frank, ojciec Christine, to upadły Edyp, natomiast Christine to Elektra...” Wreszcie nadchodzi czas efektownej konkluzji, i tu radziłbym odwołać się do bardzo niejasnych i niesprecyzowanych źródeł... Na przykład coś w tym rodzaju – Keating zamilkł na krótką chwilę i zaczął czytać z notatnika: – „Rzeczą godną największej uwagi jest trudno uchwytna, tajemnicza nić, jaka łączy powieść z naukami hinduskiego filozofa i proroka Avesha Rahesha Nona. Sięgając do mitycznego wyobrażenia trójgłowego smoka, Rahesh Non drobiazgowo analizuje przyczyny, dla których dzieci porzucają swoich rodziców. Według proroka trzy smocze głowy to ambicja, pieniądze i sukces”. I tak dalej, i tak dalej, możecie swobodnie rozwijać filozofię Rahesha Nona, począwszy od tego, czym straszne głowy się odżywiają, a skończywszy na tym, jak je ściąć, by już więcej nie odrastały. Na sam koniec swojej wypowiedzi należy niezbyt nachalnie, ale z udaną szczerością, pochwalić profesora za olśniewający talent literacki i godną zazdrości odwagę, którą okazał, publikując Wątpliwy debiut.
Meeks podniósł rękę.
– Kapitanie... a co zrobić, jeśli nic się nie wie na temat kogoś takiego, jak Avesh Rahesh Non?
– Avesh Rahesh Non nigdy nie istniał, Meeks. Chodzi o to, aby sobie kogoś takiego wymyślić. Żaden ceniący się profesor nie przyzna się, że jest mu obce nazwisko hinduskiego filozofa, tym bardziej, gdy pada ono z ust zwykłego studenta. Najprawdopodobniej wasza odpowiedź zostanie skomentowana podobnie, jak zrobił to mój profesor. – Keating wziął do ręki kartkę papieru, która była wsunięta pomiędzy strony notatnika. – „Pańskie odwołanie się do dzieł Avesha Rahesha Nona – zaczął czytać donośnym głosem – było dowodem wnikliwej analizy. W jasny i poprawny sposób umiał pan odczytać jego idee. To miło usłyszeć, że oprócz mnie jest jeszcze ktoś, kto ceni sobie tego wielkiego, choć nieco już zapomnianego mędrca Dalekiego Wschodu. Celujący”.
Przykładowa odpowiedź:
Keating we wstępie swojego przemówienia zapowiada, że tematem jego wykładu będzie analizowanie nieprzeczytanych lektur, co stanowi bardzo przydatną umiejętność dla każdego przyszłego studenta college’u. Jednak rzeczywistym celem jego przemówienia jest obnażenie słabości profesorów, którzy są przekonani o własnej wyjątkowości i nieomylności. Ich próżność sprawia, że są w stanie nabrać się na najbardziej nawet niedorzeczne analizy studenckie, pod warunkiem, że są przedstawione w umiejętny sposób i schlebiają osobie nauczyciela. Keating tym samym krytykuje i ośmiesza także system nauczania literatury i dostrzega jego braki, jak np. niszczenie zamiłowania do literatury przez jej zbyt drobiazgową analizę.
Przykładowa odpowiedź: Przemówienie Keatinga można uznać za ironiczne, ponieważ możemy zauważyć sprzeczność między właściwą intencją jego przemowy a jej tematem i dosłownym znaczeniem. Nauczyciel nie chce namawiać uczniów do nieczytania lektur, a jedynie wykpić głupotę niektórych profesorów. Być może, chce w ten sposób zaznaczyć również dystans do własnego zawodu.
Przykłady ironii:
W ciągu całego semestru czytacie wyborną literaturę, wzruszającego Ojca Goriot Balzaka, Ojców i dzieci Turgieniewa i wiele innych arcydzieł. Kiedy jednak przychodzi okres zaliczeń, okazuje się nagle, że jedynym tematem na egzaminie będzie problem miłości rodzicielskiej, który w swej powieści pod tytułem Wątpliwy debiut podjął nie kto inny jak sam... wasz pan profesor.
Po przeczytaniu pierwszych trzech stron książki uświadomicie sobie, że wolelibyście być wysłani na front niż trwonić drogocenny czas na zajmowanie umysłu takimi śmieciami. Ale któż śmiałby głośno narzekać? Czy warto przez taką błahostkę oblać egzamin? Oczywiście, że nie.
W następnej części warto zaskoczyć profesora ambitną analizą porównawczą, wobec której trudno zająć obojętne stanowisko. Na przykład mówimy coś w rodzaju: „Konieczne jest odnotowanie pouczającego podobieństwa między śmiało przez autora skreślonym portretem kochającego ojca a niektórymi elementami teorii Zygmunta Freuda. Nasz powieściowy Frank, ojciec Christine, to upadły Edyp, natomiast Christine to Elektra...”
Na sam koniec swojej wypowiedzi należy niezbyt nachalnie, ale z udaną szczerością, pochwalić profesora za olśniewający talent literacki i godną zazdrości odwagę, którą okazał, publikując Wątpliwy debiut.